Karl Krug urodził się w Mysłowicach śląskich (te już wtedy zostały przez Niemców przechrzczone na Myslowitz). Nie pamiętał prawie mowy swojego ojca, ożenił się z Niemką. Tak naprawdę nazywał się Karol Kruk, lecz również został przez Niemców nazwany inaczej, zresztą niesłusznie (Krug to w niemieckim: dzbanek). Był murarzem, ale imał się różnych, a raczej jakichkolwiek, zajęć, żeby tylko zarobić pieniądze dla żony i ich licznych dzieci. Jako że zimą murarz nie miał zajęcia, siadał do krosien. Wypruwał sobie żyły, żeby rodzina nie zaznała głodu, ale żona i tak robiła mu awantury, że jest niezaradny. Krug miał „przyjaciela” – portiera stacji mysłowickiej – Franza Klotza (dawniej Franciszek Kłos), który od czasu do czasu informował go, gdzie szukają murarza, ale raczej nie wyłącznie z dobrego serca, tylko żeby „opiekować się” żoną Kruga, kiedy ten wyjeżdżał. 1877 rok był dla Kruga wyjątkowo trudny – urodziło mu się piąte dziecko, a pracy miał tylko tyle, że podmurowywał mostek przy stacji. W tym momencie rozpoczyna się akcja opowiadania. Klotz rozprawia Krugowi o polityce, którą jest niezwykle zainteresowany – idzie o Bismarcka i zwrot „nie pójdziemy do Canossy”, którego użył, mając na myśli papieża Piusa IX. Krug oczywiście nic nie rozumie i nie chce. Martwi się wyłącznie o pracę, dopytuje Klotza. Dopiero w ostatniej chwili Klotzowi przypomina się, że przyjechał z Warszawy Żyd, który chce skontraktować kilkudziesięciu murarzy. Robota miała trwać dwa miesiące. Następnego dnia Krug pożegnawszy się z dziećmi (dał im nakazy, żeby szanowały nowe spodnie i uczyły się abecadła), wyjechał. W Warszawie byli potrzebni murarze, ponieważ inwestorzy namiętnie rzucili się do budowy nowych domów i do pracy zabrakło krajowych rąk. Dlatego Max Glueckwurm, który tanio kupił plac przy ulicy Chmielnej, sprowadził ze Śląska kilkunastu murarzy. Krug przyjechał do Warszawy w towarzystwie piętnastu innych robotników, którzy jako rodowici Niemcy wybrali go na swojego przewodnika, licząc że będzie potrafił porozumiewać się z ludźmi po polsku. Szybko okazało się, że jego znajomość polskiego jest znikoma – już na początku źle domówił się z dorożkarzami, którzy zawieźli robotników na Tamkę, i musiał zapłacić więcej. W nocy miał piękny sen – śniło mu się, że jego dzieci szanują spodnie, uczą się abecadła i „Vater unser” („Ojcze nasz”). We śnie ukazał mu się anioł, który obwieścił, że zarobi w Warszawie bardzo dużo pieniędzy, a jego żona pocznie i urodzi syna, któremu Krug da na imię Franz. O siódmej rano Krug na czele swojego oddziału wkroczył na zrąb jednego z rozpoczętych domów. Byli tam już trzej miejscowi murarze, który nie odpowiedzieli Ślązakom „dzień dobry”. O ósmej zadzwoniono na śniadanie. Krug, porozumiawszy się z towarzyszami, podszedł do polskich murarzy i zapytał po polsku: „Jest piwo niedaleko dostać?”. Polscy murarze celowo wskazali mu elegancki sklep z winem. W międzyczasie polscy murarze narzekają między sobą na przybyszy: „Co rok więcej się ich zlatuje, a jeżeli im nie poparzymy skóry, niedługo nas wyduszą. Niech pilnują swoich śmieci. Czy my do nich leziemy? (…) Żeby chociaż czepiali się tego, czego człowiek się nie imie.

Więcej na: http://semics.net.pl