Może właśnie przy takim zróżnicowaniu historii północnego krajobrazu łatwiej zrozumieć Wilka – jego próbę uchwycenia rzeczywistości, nadania jej kształtu, odciśnięcia w słowach? W zamiarze pisarskim autora Wilczego notesu można dopatrywać się „zabawy w Pana Boga”, jak chciał tego Stanisław Bereś, natomiast ja skłonna jestem doszukiwać się w jego przedsięwzięciu konotacji z dziedziny archeologii lub historii sztuki: skoro Sołowki są obrazem, na który przez wieki nanoszono nowe elementy, to zadaniem Wilka – archeologa-amatora, jest stopniowe wydobywanie spod warstw farby owych obrazów w nadziei, że rzucą nieco światła na tę bezforemną rzeczywistość, w której pisarz się znalazł. Nic bowiem nie istnieje samo w sobie, a wszystko z czym się stykamy, jest wynikiem wielowiekowych zmian
i procesów, które zachodzą w świecie. Zatem, by móc zrozumieć zjawiska zachodzące współcześnie, czy to na Wyspach, czy w Rosji (Sołowki są przecież zwierciadlanym odbiciem procesów zachodzących w całym kraju), należy zwrócić się ku przeszłości,
a wtedy bezkształtna masa, bezdenne błota i bezkresne przestrzenie nabiorą odpowiedniego rysu.
Przy czym trzeba uważać, by w tym tropieniu śladów przeszłości, nie stracić kontaktu z rzeczywistością. Na fotografii Sołowek zrobionej z satelity widać niezwykłą plątaninę jezior, zalewów, kanałów, przesmyków, mierzei, cyplów i grobli, które tworzą ogromny labirynt wodnych luster. Zwierciadła owe odbijają świat, pochylony nad wodą, a złudzenia optyczne, częste na Północy, sprawiają, iż te odzwierciedlenia wydają się bardziej realne niż rzeczywistość. Zaciera się granica między światem realnym, a prześwitującymi przez jego materię zwidami, co prowadzić może do rozdarcia w człowieku. Na Wyspach znany jest przykład młodej poetki, Julii Matonin, która dostała pomieszania zmysłów od tych zwielokrotnień i odebrała sobie życie, by powrócić do jedności. Na korze brzozy, na której się powiesiła, zostawiła dwuwiersz:
By do Was przyjść, odchodzę –
Tak będzie mi po drodze (WN s. 48).
Trudno się oprzeć wrażeniu kolistości, jakie wywołuje powyższy dystych: droga, którą pokonuje Julia, wiedzie od „was” do „was” – by przyjść, poetka musi odejść, a gdy powróci, jej ścieżka – tropa, jakby powiedział Wilk, zatoczy koło. Bo wszystkie szlaki na Sołowkach rozchodzą się po linii okręgu, nawet najstarszy trakt monastyrski, prowadzący do głównych pustelni i skitów Wielkiej Sołowieckiej – największej wyspy archipelagu, nazywany jest przez miejscowych przewodników „wielkim kręgiem”. Tym duktem Wilk pragnie przeprowadzić czytelnika, by dać mu wyobrażenie o przestrzeni, w której wiedzie swoją tropę, gdyż ścieżek na Sołowkach jest wiele i wszystkich nie można przejść, a tym bardziej opisać. Pokonując kolejne wiorsty najstarszej sołowieckiej drogi, przechodzimy razem z pisarzem po ziemi jakby nie z tego świata (WN s. 181). O ponurej historii tych miejsc przypominają już tylko resztki zatopionego na dnie jeziora łagiernego baraku – tak wyraźne, że mimowolnie człowiek ogląda się, sprawdzając, czy to nie lustrzane odbicie – i dorodne jagody rosnące na zboczach wzgórza, gdzie grzebano ofiary karceru srogiego reżimu. Ze wzniesienia rozciąga się piękny widok na taflę wody, otoczoną lasami, pasmo gór
i morze – za każdym razem, kiedy Wilk pokonuje tę drogę, zastanawia się, czy więźniom lżej było umierać mając przed oczami taki widok?
Symbolika zamkniętego kręgu powraca w tej krótkiej wędrówce, kiedy dochodzimy do miejsca, gdzie drogi łączą się, prowadząc do posiołka tym samym szerokim traktem, którym go opuszczaliśmy. Sołowiecka przestrzeń zatacza więc koło, jak gdyby Wyspy nie miały ani początku, ani końca. Mamy tu do czynienia ze swoistym zaklętym kręgiem – do którego można wejść, ale już wyjść z niego nie jest tak prosto. Nie tylko z powodu niedostatku środków finansowych, lecz również przez wzgląd na tę szczególną aurę, która niczym magnes przyciąga tu ludzi różnego pokroju. Wabi ich tajemnica saamskich labiryntów, blask zorzy polarnej, niezwykłość białych nocy, wreszcie przekonanie, że tylko tu żyje się prawdziwie. I nawet jeśli komuś uda się przełamać ten tajemny krąg i wyjechać z Wysp, szybko przekonuje się, że poza Sołowkami nie potrafi funkcjonować. Bo kto raz popróbował życia na Północy, ten
w innej szerokości geograficznej nie umie znaleźć dla siebie miejsca i albo wraca nad Zatokę Pomyślności, albo traci zmysły, w ostateczności – odbiera sobie życie.
Tu wkraczamy w drugi ważny dla Mariusza Wilka obszar doświadczania Rosji, który tworzą napotkani ludzie i ich historie. Chcąc spojrzeć w oczy innego świata, Wilk zagląda w życie stających na jego drodze osób: Wasylicza, Mielnicy, Brata, baby Kławy, Szarapowa i wielu innych, których zmagania z rzeczywistością Północy tworzą osnowę Wilczej tropy.